SlovVine

Winiarski Blog Roku 2019 magazynu "Czas Wina"

Geoinżynieria w służbie wina

Tak wyglądało stanowisko strzelnicze, pomimo budki ochronnej zdarzały się wypadki śmiertelne.

Uprawa winorośli nie jest łatwym kawałkiem chleba. W Polsce wydaje się nam jednak bardzo romantyczna i przyjemna. To chyba pokłosie romantycznych komedii z winnicami w tle. W rzeczywistości produkcja własnego wina jest jednak bardzo ryzykowna, zarówno z powodów ekonomicznych (ceny, popyt), jak również potencjalnych strat w uprawie. Lista zagrożeń jest imponująco długa: grzyby, insekty, przymrozki, susza, ulewy czy gradobicie. Na większość z tych wyzwań ludzkość znalazła odpowiedź. Jedynie gradobicie pozostaje poza wszelką kontrolą, choć geoinżynieria w tym zakresie ma swoją długą historię.

Przeciwdziałanie gradobiciu sięga czasów średniowiecznych. Wówczas bito w dzwony, aby przegonić niebezpieczne chmury burzowe. Skutek zależał od pobożności okolicznych mieszkańców. Czasem rzeczywiście chmury przechodziły bokiem, co świadczyło dobrze o wierze gminu. Wskazana była ofiara dziękczynna miejscowemu proboszczowi. Czasem jednak, mimo najlepszych chęci, burza uderzała z największą furią i gradobiciem niszczyła uprawy. Wówczas, należało wymienić dzwon na większy i w tym celu złożyć ofiarę proboszczowi.

Z czasem wiara w sacrum nieco osłabła i została w XIX wieku zastąpiona wiarą w postęp technologiczny. Przekonanie o wyższości technologii nad myśleniem magicznym dotarło wraz z szkołą powszechną pod koniec XIX w. także na wieś. Rozwiązania problemu gradobicia zaczęto upatrywać w odpowiednio skonstruowanych moździerzach. Ich konstrukcja nie różniła się właściwie niczym od moździerzy wojskowych, ale miała odpowiednio dobrany design i skuteczny marketing. Do tego stopnia, że zakładanie stanowisk moździerzowych było finansowane przez władze cesarskie i lokalne. Strzelanie do chmur burzowych stało się bardzo popularne w całym Cesarstwie Austro-Węgierskim. Powstały wyspecjalizowane firmy produkujące moździerze i amunicję, budujące stacje strzelnicze, obsługujące działa i prowadzące szkolenia. Tylko na jedno z takich szkoleń zgłosiło się ponad 1500 kandydatów chcących poznać tajniki właściwego strzału. Bo jak się w miarę szybko okazało, nie każde strzelanie kończyło się sukcesem. Dochodziło także do wypadków śmiertelnych. Lobby moździerzowe niepowodzenia przypisywało jednak braku odpowiedniego wyszkolenia. Tłumaczono, że ważny jest moment strzału, bo jeśli chmura zbyt się rozrosła, to żaden moździerz nie jest w stanie już pomóc. Mimo wszystko skuteczność strzelania z dział była coraz głośniej poddawana krytyce, aż w końcu w 1907 roku władza w Wiedniu zabroniła tego typu działań.

Myli się jednak ten, który myśli, że wrócono do śpiewania psalmów i kropienia wodą święconą. Prawdziwa wiara w technologię przyszła dopiero w świecie powojennym na obu stronach żelaznej kurtyny. Skupiono się wówczas na „zasiewaniu chmur”, zwłaszcza jodkiem srebra. Zaczęto więc strzelać do chmur rakietami i rozpylać jodek z samolotów. Pierwszą, bardziej widowiskową metodę stosują wciąż Chorwaci, druga jest popularna w Austrii i Słowenii. O ile w Austrii za zabawę w sianie chmur płacą sami rolnicy, to w Słowenii jest ona dofinansowana przez państwo i samorządy. Firma zasiewająca chmury ma swoją bazę w Mariborze i obejmuje swoim parasolem chemicznym kilkadziesiąt gmin. Niestety pomimo najlepszych chęci i nowoczesnej technologii skuteczność tych działań jest na podobnym poziomie jak przy biciu w dzwony i strzelaniu z moździerzy. Ludzie z branży twierdzą jednak, że wszystko zależy od umiejętności pilota i właściwego czasu zasiewu…

Jeśli kogoś jeszcze interesuje zdanie nauki, to stoi ona na stanowisku, że działania te są całkowicie nieskuteczne. Jedna chmura akumuluje w sobie tyle energii ile kilka bomb atomowych. Jodek rozpylony z awionetki raczej nie zrobi wielkiej różnicy. Co więcej, nie wiadomo jak jodek srebra wyrzucany do atmosfery będzie oddziaływał na zdrowie ludzi. Dotychczas najlepszą metodą walki z gradem okazały się siatki ochronne i ubezpieczenia. Siatki są drogie, ale jak mi powiedział jeden z winiarzy, woli to rozwiązanie bo jego powołaniem jest robienie wina, a nie życie z odszkodowania.

4 comments on “Geoinżynieria w służbie wina

  1. Grzegorz
    11 czerwca, 2020

    Komentarz nie do meritum artykułu. Geoinżynieria to nie jest dziedzina zajmująca się fizyką atmosfery, a górotworem. Mechanika gruntów, górotworu i podobne. Studiowałem, więc wiem co piszę. Nawet jest taka katedra na AGH.

    • dburaczewski
      11 czerwca, 2020

      Dzięki za uwagę. Rzeczywiście powinno być w cudzysłowie, bo tytuł został zainspirowany przez sąsiada, wyznawcę chemitrials i innych teorii sterowania pogodą, który zawsze powtarza przy swoich wywodach: „geoinżynieria, geoinżynieria”, robiąc zafrapowaną minę i kiwając głową bez większej nadziei. Mam nadzieję, że wpis Cię zaciekawił. Pozdrowienia

  2. Grzegorz
    11 czerwca, 2020

    No tak, nie elegancko się wypowiedziałem. Artykuł sam w sobie bardzo ciekawy. Nie sądziłem że próby wpływania na pogodę drogą inną niż magiczna i religijna zaczęły się już wtedy. Niby logiczne, ale jakoś nie przyszło mi to do głowy. Podchodząc do tematu bardziej analitycznie- modelowanie zjawisk pogodowych to bardzo złożona dziedzina. Myślę że próby skutecznego ich modyfikowania w obecnych czasach to mżonki. Inna rzecz to próby przewidzenia zjawisk ekstremalnych. Rozgryzienia pewnych mechanizmów atmosferycznych nie raz się udaje co podaje poniższy link. Może dałoby to możliwość bardziej przemyślanego działania niż nieco barbarzyńskie koksiaki w Burgundii. A powiedzmy sobie szczerze. Jedno gradobicie może odebrać wielbicielom wina wiele przyjemności.

    http://naukawpolsce.pap.pl/aktualnosci/news%2C82397%2Cdzieki-polakom-lepiej-wiadomo-jak-powstaja-powodzie-na-sumatrze.html

    • dburaczewski
      12 czerwca, 2020

      Ciekawe jest to, że ludzie nadal w to wierzą i jak dawniej płacą ciężkie pieniądze, tym razem innym magikom 😉 Pewnie, że gradobicie niejednego winiarza puściło z torbami, winomanów o suchym gardle, ale… są też pozytywne przykłady. Dekadę temu na Istrii gradobicie zniszczyło winnicę na najlepszej parceli rodziny Bordon. Z ciężkim sercem winiarze patrzyli na resztki tego co zostało i zaczęli usuwać ręcznie uszkodzone jagody, dosłownie z gron wybierali jagody, które były zdrowe. Zostało im tego niewiele, na jeden krzak przypadało ok. 0,5kg owoców. Słowem, bardzo mocna redukcja. Powstało z tego wino, które zadedykowali swojemu nieżyjącemu ojcu – Ivanowi. Dziś to wino nadal jest w pełnej formie, świetnie się trzyma, a jego cena nawet lepiej niż świetnie. Powstało wino niebanalne, nieekonomiczne, ale na pewno wspaniałe. Winiarze choć trochę zmniejszyli skalę nieszczęścia, a winomani mają okazję nabyć wino, którego dłuuuuugo nie zapomną 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

Informacja

This entry was posted on 4 czerwca, 2020 by in Wino a kultura.
Follow SlovVine on WordPress.com

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.

Dołącz do 18 obserwujących.

%d blogerów lubi to: