SlovVine

Winiarski Blog Roku 2019 magazynu "Czas Wina"

Egalitaryzm przy kieliszku

Winnica Strnad. Kozjansko, Podravje.

Branża winiarska w Polsce dwoi się i troi, żeby popularyzować picie wina w Polsce. Wysiłki winiarskich siłaczy i siłaczek trwają przynajmniej od początku transformacji. I choć efekty tych działań już w Polsce widać, to wciąż słychać utyskiwania, że sprzedaje się mało, że tylko 3-6 l per capita, że rośnie za wolno etc. Rzeczywiście, jeśli porównamy statystyczne spożycie wina w Polsce do np. słoweńskiego (ok. 40 l), to sprawa wygląda kiepsko. Choć porównywanie się do krajów winiarskich jest dla mnie nieporozumieniem. Ale nawet dociągnięcie do 20l na głowę, jak np. w UK, Holandii czy Szwecji jest według mnie nierealne. Dlaczego?

Niestety, w Polsce wino kojarzy się z bardzo elitarnym trunkiem. Co więcej, cała branża pracuje na to, aby wcale się to nie zmieniło. Ba! Wzmacnia się wręcz taką narrację. Wejście „w wino” w Polsce oznacza spory wysiłek poznawczy. Naprawdę, niewielu ludzi ma na to ochotę. Tymczasem w krajach, gdzie spożycie wina jest wysokie, zdecydowaną większość konsumpcji stanowią wina młode, czyli tanie i proste. Do picia takich win, nie trzeba mieć dyplomu ani grubego portfela. Więcej, w Słowenii większość ludzi nie ma większego pojęcia o winie. Dla przypomnienia, spożycie wynosi tu ok. 40 l per capita rocznie. Wino jest bowiem obok piwa trunkiem ludowym. Owszem, znajdą się wielcy smakosze i znawcy wina, ale jest ich stosunkowo niewielu. Zresztą, ich winne życie jest znacznie trudniejsze niż polskich kolegów i koleżanek. Okazuje się bowiem, że w Słowenii wcale nie jest łatwo kupić wino inne niż słoweńskie. W barach czasem jest prosecco czy szampan zamiast krajowej peniny, a w supermarkecie jest nawet regał z importowanymi winami, ale są to ilości tak nieznaczne, że giną w morzu słoweńskich produktów. Masy pracujące miast i wsi piją wino krajowe. Natomiast poziom wiedzy o winie jest wśród ludzi żenująco wręcz niski. Z moich znajomych mało kto wie jakie są regiony winiarskie w Słowenii i jakie wina się w nich wytwarza. Degustowanie wina jest widziane jako fanaberia lublanczan. Prowincja pije w słusznych ilościach, najczęściej zresztą w zwykłych szklankach, a w najlepszym wypadku w kieliszkach z ikei.

Nie ukrywam, sam będąc w Polsce czuję się zagubiony w winie. Nie mam pojęcia o większości z używanych wyrażeń i zwrotów przez moich winnych znajomych. Naprawdę podziwiam ten ogrom wiedzy, który polscy miłośnicy wina sobie przyswajają. Jednocześnie wiem, że takich zapaleńców nigdy nie będzie tylu, aby wpłynęło to na strukturę spożycia.

Z drugiej strony, coraz więcej powstaje w Polsce miejsc, gdzie wino rozlewa się z beczek na kieliszki. W Słowenii są to tzw. vinotoce (sł. tociti – nalewać) czyli winiarskie rozlewnie. Siłą rzeczy nie są to wielkie i skomplikowane trunki, a właśnie miłe i pogodne winka. Proste, świeże i owocowe. Ich picie jest niezobowiązujące jak nucenie disco polo na weselu. Pewna słoweńska dziennikarka podczas naszej rozmowy nie mogła się nadziwić, że będąc blogerem winiarskim nie stronię od poczciwego haložana czy ljutomerčana. Po czym zmrużyła oczy i wyznała także swoją słabość do prostego wińska.

Ja wiem, ciężko jest promować wino, które nie budzi w nas emocji, nie jeży nam rozkosznie włosów na ciele. Ot, takie co po prostu jest w porządku. Mimo wszystko, rozwój rynku wina w takich krajach jak Wielka Brytania czy Holandia pokazuje, że droga do powszechności wina wiedzie przez wina proste. Łatwe wejście w kulturę wina otwiera rynek na masy. Część z tych nowych winolubów będzie sięgać po trunki bardziej wyszukane i droższe, niestety dopiero z czasem. Sam przeszedłem taką drogę. Będąc wolontariuszem w Słowenii kupowałem w barze špricer, czyli napój z wina i wody mineralnej. Był to najtańszy trunek w karcie. Z czasem strach przed sacrum wina minął. Zacząłem próbować nowe etykiety i poszerzać wiedzę. Nadal chętnie odkrywam nowe smaki i sprawia mi to dużo frajdy. Pewnie nigdy bym nie doszedł do tego momentu, gdybym wino traktował zbyt poważnie.  

W słoweńskim winiarstwie najbardziej lubię właśnie tą egalitarność. W lokalu do obiadu zamawia się wino białe albo czerwone. Roczniki są bieżące, nie trzeba się zastanawiać czy rok był udany. Bez apelacji, bez dedykowanych kieliszków, bez wysokiego rachunku.

Jeśli ktoś uważa, że to nie jest właściwa droga dla naszego rynku, to niech porzuci marzenia o rewolucji w konsumpcji. Albo prosto i masowo, albo wykwintnie i elitarnie. Tertium non datur.

6 comments on “Egalitaryzm przy kieliszku

  1. Panodespresso
    18 sierpnia, 2020

    Patrząc na ceny win z polskich winnic masowe spożycie im nie grozi….

    • dburaczewski
      18 sierpnia, 2020

      Według mnie Polska krajem winiarskim prędko nie będzie, ceny win krajowych i skala produkcji to kolejne czynniki który to uniemożliwiają…

  2. Panodespresso
    19 sierpnia, 2020

    Małe ereały upraw – wysoka cena. Plus koszty walki z biurokracją, sanepidami , służbami celnymi i oczywiście klimatem. Butelka tak naprawdę od 40pln wielu osób nie skusi , zwłaszcza że większość osób chętnych na wino powie „jak to , to jam mam za krajowe płacić pod 50dych skoro smaczne Chile kosztuje 17?”. A druga rzecz z mojego skromnego doświadczenia – o ile nasze białe wina są ok , to te 5 czerwonych, z różnych winnic (40-50 butelka) skutecznie mnie niestety zniechęciły wodnistą strukturą, dość płaskim smakiem i wysoką kwasowością.

    • dburaczewski
      19 sierpnia, 2020

      Na czerwone zawsze można do Słowenii 😉 Zresztą, na białe też przy okazji. Pozdrawiam serdecznie 🙂

  3. Tomek
    19 sierpnia, 2020

    Kwestia mentalności. Polak ma we krwi „czyściochę” lub „browar” a nie jakieś tam kwaskowate nie wiadomo co. Tak został wychowany. U nas przez lata (na szczęscie się to zmienia od wielu już lat) alkohol kojarzył się z upiciem a nie bezpiecznym cmokaniem i sączeniem przy jedzeniu (nie mylić z zagrychą). Jak wino to ewentualnie na imprezę, szczególnie gdy będą kobiety bo faceci to łyskacze łykają.

    W krajach winiarskich wino towarzyszy do posiłku, u nas byłby z tym problem z racji przepisów drogowych. Sam nieraz napiłbym się wina do obiadu np. w sobotę o 13 ale muszę wcześniej starannie zaplanować czy nie będę musiał za chwilę gdzieś jechać samochodem. W krajach winiarskich nad tym się nie zastanawiasz. U nas podanie wina do obiadu kojarzy się z wystawnością, świętem, celebracją. Brakuje zwyczaju prostego ludu, który zamiast wody naleje sobie po proswtu nawet do szklanki ale wina.

    W niczym nie pomaga też oferta marketowa, bo przypadkowy klient dostanie oczopląsu i na chybił trafił musi wybrać coś z niczego. Wiele razy wpadam do Czech, którzy z racji winnych Moraw w każdej miejscowości ciut większej od wiochy mają tzw. vinoteki. Oprócz win butelkowanych można właśnie tak jak w Słowenii kupić wina z beczki do plastikowej butelki. Te zwykłe stołowe wina są z reguły niezłe, nie zrażą nikogo bo mają solidny poziom. Rulandske sede, veltinske zelene czy palave można kupować w ciemno, niestety gorzej jest z winem czerwonym. Malutkie miasteczka z kilkoma vinotekami robią wrażenie. I również niewielka jest oferta win zagranicznych.

    Po co Polak ma się zmuszać do kupowania wina którego nie zna, które jest mu obce ? Przecież nawet jeśli będzie się chciał czegoś dowiedzieć przed zakupem to po lekturze takich określeń wina jak „mineralne” „kamienne” czy „stalowe” da sobie spokój i kupi bezpieczne piwo 😀

    Wreszcie, wina są w Polsce za drogie w porównaniu z innymi krajami i w odniesieniu do naszych zarobków. Sam celuję w nie za wysoką przecież półkę cenową 30-50 zł ale dla wielu osób to skandal by tyle wydać za wino. Nie mówiąc już o regularnym spożyciu tak „drogich” butelek. A przecież nie są to jakieś nie wiadomo jakie rarytasy, lecz solidne wina które są nieporównywalnie lepsze do Carlo Rossi 😉

    • dburaczewski
      19 sierpnia, 2020

      Bardzo trafnie napisane. Rzecz w tym, że mamy z jednej strony utyskiwania na kiepską konsumpcję wina, z drugiej całkowicie nierealne oczekiwanie, że ta konsumpcja rewolucyjnie wzrośnie w segmencie premium. Wzrośnie, i wciąż wzrasta. Tylko nie rewolucyjnie. Bo odwołanie się do krajów winiarskich czy silnych importerskich ma w sobie właśnie tą fałszywą tezę, że tam się pija tyle wina premium (czy też jakościowego). Nie, nie pija się. Jak sam zauważyłeś, np. na Morawach pija się wina lane do plastikowych baniaków i to robi statystykę.
      Natomiast co do jazdy samochodem, to jest to jedna z kwestii, która sprawia, że w krajach winiarskich spożycie wina per capita spada. Właśnie dlatego, że nigdy nie wiesz, kiedy będziesz musiał odpalić auto. U nas w Słowenii jest 0,5 promila tolerancji. Ja osobiście trzymam się zasady 0,0. I czekam na autonomiczne pojazdy 😉
      Pozdrawiam ciepło ze Słowenii

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

Informacja

This entry was posted on 18 sierpnia, 2020 by in Antyprzewodnik, Wino a kultura.
Follow SlovVine on WordPress.com

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.

Dołącz do 18 obserwujących.

%d blogerów lubi to: